środa, 31 sierpnia 2011

Jak zwykle się dzieje. Chwili spokoju nie ma. Wróciłam z Francji, Agnieszka wyjeżdza już dziś w nocy, ja w niedzielę muszę się przenieść do Marty, która w poniedziałek jedzie do Chin. Siedzę z nosem na kwintę i smęcę, że nie ma się jak wyspać. Zamiast szaleć z podniecenia, że nie śpię, bo piszę tekst, który ma spore szanse na publikację w poczytnym magazynie. Wyśpię się po śmierci. Powinnam sobie to chyba gdzieś wytatuować. Kiedyś Wam napiszę, jak cudownie było w lasach Fontainbleau, a teraz, niech gra Muddy Waters!

(PS. Rok temu o tej porze też nie spałam, bo szykowałam się do porannego samolotu do Japonii. Już rok!?)

sobota, 20 sierpnia 2011

-Ktoś wyżarł nam wszystkie jalapeno! - krzyczy Kamila z kuchni, w której Agnieszka wywiesiła dziś kartkę informującą, że czwarta półka od góry jest nasza i wara od niej. Siedzę sobie na łóżku w brudnych spodniach uwalanych smarem z warsztatu, słucham Tatu, wciągam makaron smażony z czosnkiem i pokruszoną kostką rosołową. W głowie kręci mi się jeszcze trochę od Guinessa, którego wypiłam przed chwilą z moim rowerowym szefem. Jak to się dzieje, że nad pintą piwa można znaleźć wspólny język z człowiekiem o dwadzieścia lat starszym, trzykrotnie żonatym, bez matury, który godzinę temu groził zwolnieniem - tego nie wiem. Jednak okazuje się, że wszystko jest jest możliwe. Z najciekawszych tematów rozmowy - koncepcja klasy społecznej, a także międzykulturowe związki damsko-męskie. (Narzeczona Tima mieszka w Californi i pochodzi z tradycyjnej Tajwańskiej rodziny).
Jutro wolne, czyli zastanawiam się, jak wcisnę wspinanie, wywiad, pisanie i zdjęcia w te kilkanaście godzin między budzikiem, a wieczorną utratą przytomności. Jakby mało było spraw na głowie, zaoferowano mi udział w organizacji pięciu rozrzuconych we wrześniu i październiku wykładów związanych z kulturą azjatycką, jeden odbędzie się wRoyal Albert Hall, reszta w Brunei Gallery przy SOAS. Nic szczególnie poważnego robić nie trzeba, a jest i networking i udział w ciekawym wydarzeniu i trochę oderwania od rutyny. Szkoda tylko, że pieniędzy niet. I tu zaczyna się rozważanie - czy cieszyć się, że szanowani profesjonaliści proszą mnie o pomoc i zacierać rączki nad puchnącym CV, czy płakać, że przecież wyzysk i nic z tego nie mam. Ciężko stwierdzić.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Cudowność bloga polega na tym, że kiedy absolutnie nikogo nie obchodzi, że się nie układa, to można to powiesić na stronie, obwieścić całemu światu (nikomu?) i mieć to, przynajmniej w jakiejść części, z głowy. Niby wszystko jest dobrze, ale i tak zupełnie beznadziejnie. Niby studia, niby coś tam znowu piszę, ale utknęłam w rowerowym i któregoś dnia moja głowa po prostu imploduje z nudów i totalnego marazmu. Przejrzałam dziś oferty pracy w necie, nie rozumiem nawet nazw stanowisk, na które miałabym niby aplikować. Pozostaje mi tylko spinać się z japońskim i liczyć na to, że od października znajdę uczniów. Ale jak tu do października wytrzymać?
Teraz muszę zapakować cztery litery w metro i jechać na Waterloo, zbierać materiał do tekstu, który może wydrukuje pewien poczytny magazyn. Zamiast się tym cieszyć, znowu smęcę, bo co tam, jeden artykuł, kiedy na codzień sprzedaję rowery w niebieskim t-shircie z napisem STUFF. No po prostu załatwiłam się przepięknie z moim życiem.

sobota, 13 sierpnia 2011

Odrealnienie, halucynacje, problemy z oddychaniem. W połączeniu z dużą ilością alkoholu także torsje, i to takie, które wstrząsają nie tylko samym pacjentem, ale całym domem. Wszystkie te atrakcje już przed godziną dwudziestą, wystarczy tylko być na tyle sprytnym, żeby wciągnąć kreskę dostaną od nieznajomych w pubie. Dwieście miligramów, trzysta, może czterysta? Kto to wie, wciągamy i... wielkie zaskoczenie! Ketamina jednak jest niezdrowa. Wow. Gratuluję przenikliwości umysłu.

piątek, 12 sierpnia 2011

Olfaktorycznie

Praca, rower, japoński, wspinanie, pisanie, randkowanie... Dużo potrzeba na to wszystko siły. Na szczęście na horyzoncie zamajaczyła możliwość kolejnej publikacji.
Kamila, Aga i Piotrek wypuścili się do klubu, ja leżę w łóżku, kontempluję bój mięśni i zapach moich perfum, którymi psiknęła się Agnieszka. Uściskała mnie wychodząc, mimo że przez ostatnie pół godziny cedziłam przez zęby "idźcie już sobie". Aga zniknęła już za drzwiami (przepraszam, że jestem okropna, na prawdę Was kocham!), a zapach został, przylgnął do mnie i nie ma zamiaru zniknąć. Ostatnie trzy lata pachniały Insolence, pachniały zuchwałością zamkniętą w nieregularnym flakonie. Nie za daleko mnie to zaprowadziło. Przynajmniej w nie dosłownym znaczeniu tego słowa, bo ściśle rzecz ujmując, zaprowadziło mnie do Japonii. Przemeblowałam wszystko w głowie, chyba wreszcie dorosłam, wypsikałam połowę flakonika Coco Madmoiselle i myślę, że za jakiś czas gotowa będę wrócić do moich Insolence. To jednak mój zapach, nie zapach przeszłości. No, chyba że znajdę coś bardziej mojego. Może: "jestem wredna dla moich przyjaciół, kiedy chcą się dobrze bawić"?
Albo, najchętniej "jestem spokojna". Wciąż szukam tego zapachu.




środa, 10 sierpnia 2011

No i wszystko ucichło. Policja obstawiła całe miasto, huligani postanowili poszaleć w innych częściach Anglii. Mam dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec zabawy, ale wydaje się, że ład i porządek wróciły - przynajmniej na jakiś czas. Pożyjemy, zobaczymy. Wczoraj połowa moich znajomych wyjeżdzając na miasto zabrała ze sobą ciężkie narzędzia, tak na wszelki wypadek. Upłynie sporo czasu, zanim znów zaczniemy się czuć bezpiecznie, nie mówiąc nawet o ludziach, którzy stracili dobytek lub, co gorsza, zdrowie w wypadkach ostatnich dni. Londyn pokazał, na co go stać. Nic przyjemnego.
A mimo wszystko mój Londyn jest coraz piekniejszy. Im więcej jeżdzę na rowerze, tym bardziej przyzwyczajam się do pokręconej topografii tego olbrzyma, do architektury, do trzystu języków, którymi mówi to miasto. Nie zauważam już sklepowych szyldów wypisanych we wszystkich możliwych alfabetach i znakach. Inność przestała być innością, stała się tym, co znane. Powoli wybaczam temu miejscu pierwsze trudne miesiące sprzed dwóch lat i zaczynam myśleć, że chyba tu właśnie będzie mój dom. Przynajmniej na najbliższe dwa lata. Początkowo wizja uziemienia przez SOAS przerażała mnie do szpiku kości, a teraz, kiedy już wiem na pewno, że pod koniec września zarejestruje się na kurs, perspektywa zostania tu na dłużej jest najlepszym, co mogło mi się przydarzyć. Muszę wreszcie poczuć się u siebie, choć na chwilę. Choćby w mieście, które tak łatwo traci stan równowagi, jak w ostatni weekend zaprezentował do Londyn. Nigdy nie zdradzę mojej Warszawy, ale Londyn chyba też jest już mój. Mimo że wciaż gubię się na rowerze i odnajduję w niezliczonej ilości miejsc, w których jeszcze nigdy nie byłam. A może właśnie dla tego?

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Jak się okazuje, mieszkanie w zachodnim Londynie nie gwarantuje spokoju i bezpieczeństwa. Nasz nowy Izraelski współlokator właśnie wrócił do domu taksówką, uciekając od zamieszek, które zaczeynają się rozkręcać na spokojnej Bayswater Avenue biegnącej wzdłóż Hyde Parku. To, że demosntracje w Tottenham całkiem szybko przerodziły się w burdy wcale mnie nie dziwi, okolica do najprzyjemniejszych nie należy, ale nikt chyba nie spodziewał się rolzewu zamieszek na resztę miasta. Marta i współjaponistka Ania właśnie wyszły z kolacji u mnie i czekam z niecierpliwościa na wiadomości, że dotarły do domów w jednym kawałku. Pod domem znajomego płoną cztery samochody, okolicę już odcieła policja.
Wow. Pod moim domem płonie motocykl. Dwudziestu zakapturzonych łebków przemknęło przez Westbourne Grove. Wyją syreny alarmowe, słychać helikopter. Zabawa na całego.
Kamila z Agnieszką wysłały esa, że idą z Notting Hill Gate do domu. Czekam jak na szpilkach.

PS. Marta już bezpieczna.


wrzucam stuff na tvn24:

Skala przemocy sobotnich zamieszek w południowym Londynie wzbudziła ogólne zaskoczenie wśrdód policji i mieszkańców stolicy. Nikt nie spodziewał się dalszych niepokojów, jednak tej chwili przez miasto przelewa się kolejna fala rozruchów. Zazwyczaj spokojne okolice zachodniego Londynu są sceną podpaleń i napadów. Poniżej zdęcie z okna mieszkania na Notting Hill - grupa dwudziestu mężczyzn z zasłoniętymi twarzami przebiegła przez Wesbourne Grove podpalając motocykl. We wschodnim Londynie policja opanowuje rozruchy, również tam na ulicach płoną samochody. Wszyscy liczą na deszcz, który ostudził by zapał huliganów.

widok z okna w zazwyczaj spokojnej okolicy Portobello Road