No i wszystko ucichło. Policja obstawiła całe miasto, huligani postanowili poszaleć w innych częściach Anglii. Mam dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec zabawy, ale wydaje się, że ład i porządek wróciły - przynajmniej na jakiś czas. Pożyjemy, zobaczymy. Wczoraj połowa moich znajomych wyjeżdzając na miasto zabrała ze sobą ciężkie narzędzia, tak na wszelki wypadek. Upłynie sporo czasu, zanim znów zaczniemy się czuć bezpiecznie, nie mówiąc nawet o ludziach, którzy stracili dobytek lub, co gorsza, zdrowie w wypadkach ostatnich dni. Londyn pokazał, na co go stać. Nic przyjemnego.
A mimo wszystko mój Londyn jest coraz piekniejszy. Im więcej jeżdzę na rowerze, tym bardziej przyzwyczajam się do pokręconej topografii tego olbrzyma, do architektury, do trzystu języków, którymi mówi to miasto. Nie zauważam już sklepowych szyldów wypisanych we wszystkich możliwych alfabetach i znakach. Inność przestała być innością, stała się tym, co znane. Powoli wybaczam temu miejscu pierwsze trudne miesiące sprzed dwóch lat i zaczynam myśleć, że chyba tu właśnie będzie mój dom. Przynajmniej na najbliższe dwa lata. Początkowo wizja uziemienia przez SOAS przerażała mnie do szpiku kości, a teraz, kiedy już wiem na pewno, że pod koniec września zarejestruje się na kurs, perspektywa zostania tu na dłużej jest najlepszym, co mogło mi się przydarzyć. Muszę wreszcie poczuć się u siebie, choć na chwilę. Choćby w mieście, które tak łatwo traci stan równowagi, jak w ostatni weekend zaprezentował do Londyn. Nigdy nie zdradzę mojej Warszawy, ale Londyn chyba też jest już mój. Mimo że wciaż gubię się na rowerze i odnajduję w niezliczonej ilości miejsc, w których jeszcze nigdy nie byłam. A może właśnie dla tego?